czwartek, 13 stycznia 2011

Zapomniane świątynie.

Stadion, nasza świątynia. Dla każdego piłkarskiego fana stadion to najważniejsze miejsce na ziemi. Obecnie jak grzyby po deszczu wyrastają nam w Polsce nowe świetne stadiony. Ale czy będą miały tego ducha co nasze stare ruiny? Czy jakikolwiek stadion będzie miał ten sam co nasz stary? Ciężko odpowiedzieć na to pytanie bo póki co jeszcze mój klub gra na ruinie. Z jednej strony bardzo bym chciał żeby powstał nowy, czysty i przystosowany stadion, ale z drugiej to czy będzie miał ten sam klimacik co jedyny w Polsce obiekt z trawa na trybunie krytej? Stare stadiony miały to coś. Płot zbudowany z jakiś kątowników i rur. Sypiący się tu i ówdzie beton na łuku. Takie właśnie stare stadiony często są powodem do dumy. Warto by było żeby nie zapomnieć gdzie się grało kiedyś. Szczególnie tą pamięć widzi się w ojczyźnie futbolu - Anglii. Ileż było smutku gdy przebudowywano Wembley wiedzą chyba tylko Londyńczycy. Stare Main Road Manchesteru City czy Highbury Arsenalu powodowało że kibice naprawdę byli 12 zawodnikiem a teraz? A teraz się czują jak w teatrze. Mi osobiście ostatnio wpadły w ręce fotki bardzo starego obiektu z Glasgow. Cathkin Park służył piłkarzom do lat 60. ubiegłego wieku.

Aż chciałoby się poczuć atmosferę tamtych meczy. Niestety teraz jest to ruina która pewnie zostałaby całkiem zapomniana gdyby nie to że w zeszłym roku tym obiektem zainteresowała się drużynka Lokomotiv Glasgow i obecnie tam gra. Teraz stadion wygląda już tylko jak wiejskie boisko ale przynajmniej pamięć o nim pozostała
Cathkin Park 2010
.Szkoda że tak nie dzieje się w Polsce i takie stadiony jak stary stadion Lecha Poznań, sławna gdyńska Górka to już tylko we wspomnieniach starszych fanów żyją. W Poznaniu stadionik niszczeje każdego dnia w Gdyni Górka ogląda zmagania tenisowe... Choć jest jeden chlubny przykład. Kibice Zagłebia Wałbrzych reaktywowali swój zespół i ich stadion znów żyje futbolowym życiem

niedziela, 9 stycznia 2011

Sobotnią nocą.

O poranku obudziła mnie informacja że ŁKS rozjebał żydków na trasie. Wpierw radość, cholerna radość że w końcu czerwoni zostali odstawieni do szeregu. Niestety później dowiaduje się o tym że jeden z Widzewiaków nie żyje. Nie ważne czy został skopany czy miał zawał. Szkoda kibica, parę dni temu pisałem o fanatyźmie, o tym że nie ma nic ważniejszego niż klub, a teraz takie info. No cóż takie jest życie. Wyborcza z TVNem będą miały pożywkę na następne kilka miesięcy. Każdy ma zapisane gdzieś tam, choć nie zna dnia i godziny. Pozostaje tylko mieć nadzieję że to już ten ostatni, że więcej nikt nie z fanatyków nie odda życia, choć wiem że to tylko głupia nadzieja i w tym roku jeszcze kilka razy o tym napiszę.

To w ogóle była dziwna sobota, wpierw radość, potem zakłopotanie a na koniec dnia smutek... Millwall przegrał dziś u siebie w Pucharze Anglii aż 1-4 i to w dodatku z Birmingham... Zulusi pewnie do teraz drą swoje szczęśliwe zachlane mordy wracając na Północ.

piątek, 31 grudnia 2010

Fanatykiem być.

Być fanatykiem. Co to tak naprawdę znaczy? Wedle naukowców to ślepa, bezkrytyczna wiara w poglądy przejawiająca się nietolerancją i pogwałceniem norm społecznych.

Ale to tylko zdanie naukowców którzy fanatykami nigdy nie byli. Bardzo nie lubię używania pojęcia fanatyzmu w złym świetle. Bardzo nie lubię też nadużywania tego określenia. Tak naprawdę niewielu jest fanatyków klubowych na trybunach stadionów. Czy ja nim jestem? Bardzo bym chciał ale nie do końca jestem pewny czy zasługuję na to określenie. Fanatyzm klubowy to wiara w barwy, podporządkowanie życia by tym barwom być wierny w każdej chwili. Bo któż inny jak nie fanatyk pojedzie ze drużyną w środku tygodnia setki kilometrów od domu by zobaczyć jak ta przegrywa lub wygrywa. Zawsze broniłem honoru swego klubu jak była taka potrzeba. Zawsze byłem mu wierny przez te lata, nieważne czy grał w V lidze czy zdobywał hokejowego mistrza. Dziesieć lat temu na wyjazdy jeździło nas kilkunastu lub kilkudziesięciu. Bo któż jak nie fanatyk miał ochotę jechać na wioske gdzie krowy pasą się na boisku oglądać mecz zamiast iść na piwo z kolegami.
Fanatycy to dla mnie Ci najbardziej elitarni kibole. Są z klubem na dobre i na złe. W każdej lidze, po każdej porażce. Kibic przyjdzie, poogląda, czasem nawet coś krzyknie, ale jak drużyna będzie grała w wieś lidze i dostawała bęcki od LZS Wichry Dolne to zapomni gdzie jest stadion a fanatyk zawsze tam będzie.
Bycie fanatykiem wcale nie oznacza nienawiści. To wyświechtany slogan ludzi bez kręgosłupa. Ale nie oznacza też tolerancji. Fanatyk jest oddany swoim przekonaniom, ale nigdy nie przekona się go by tolerował przekonania innych. I nie chodzi tu o to by być bandytą w stylu Taliba, a o to żeby nasza wiara była tą jedyną właściwą. Zdanie innych się nie liczy ważne jest tylko to co w nas samych. Co mnie obchodzi że jakaś baba z zakupami nazwie mnie bandytą bo idę w lato w szalu swojej kochanej drużyny na mecz. Mam gdzieś jej zdanie bo jej jedyna wiara w życiu to wiara w Ojca Tadeusza. Liczę się tylko ja i to co kocham.

wtorek, 21 grudnia 2010

Druga Anglia? Nam nie grozi.

Ileż to razy w mediach słyszymy że Anglicy sobie tak wspaniale poradzili z chuligaństwem stadionowym. Ile to razy po większej lub mniejszej zadymie u nas w kraju mówi się że hołota znów rozrabia i trzeba zmieniać prawo.
Wyspiarzy stawia się za wzór jako tych którzy poradzili sobie z kibolami. Gówno prawda a nie sobie poradzili. Fakt że stadiony wielki teamów wypełnione są raczej piknikowym towarzystwem ale wyspiarscy hoolies mają się dobrze, ba uczą się europejskiego stylu chuligaństwa. Firmy zeszły do podziemia i teraz to tam najwięcej się dzieje. W TV Angielskich chuliganów pokazuję się jako panów z brzuszkami rzucających piwem czy krzesłem pod pubem, a prawda jest zgoła odmienna. Wyspiarze coraz częściej specjalizują się w sztukach walki ulicznej, coraz więcej czasu spędzaja na siłowni. Przykładowo szkółke bokserką Hibernianu Edynburg prowadzi mistrz Wlk. Brytanii w boksie. Typowe kontynentalne klimaty. I nie jest też tak że tylko na ulicach są rozróby meczowe. Tak jest ich najwiecej to fakt ale na stadionie też angole potrafią przywalić. Nie tak dawne derby Birmingham pokazały że i na Wyspach można pobiegać po murawie, porzucać racami czy krzesełkami i to w zasadzie bez konsekwencji. Bo kto odważy się dać zakazy stadionowe ponad 50% swoich fanów? Stare angielskie chuligaństwo wraca znów na swe szanowane w Europie miejsce.
Ale nie tylko chuligańsko u Anglików dobrze. Również i organizacyjnie wiele się tam polepszyło. Wszelkie inicjatywy kibiców w myśl zasady: "Against Modern Football" są na coraz lepszej drodze do sukcesu. Kibice Man Utd wpierw bojkotowali barwy wracając do tych historycznych a potem założyli swój własny klub. Kibicom Wimbledonu sprzedano klubu. Ci jednak nie dość że założyli swój to jeszcze wywalczyli w sądzie prawa do wszystkich tytułów zdobytych przez Dons.
Więc nie ma tak źle z Angolami jak to media kreują a co jest w tym najpiekniejsze to to że dla Wyspiarzy najważniejsza jest piłka nożna. W Europie piłka często jest dodatkiem do chuliganienia czy interesów. Tam jest zupełnie odwrotnie.

sobota, 11 grudnia 2010

Rangersowo ciąg dalszy.

Poprzednio obiecałem powrócić do mojego kibicowania Rangersom. Pod tamtym postem ktoś napisał "Jak można być Polakiem i kibicować Rangersom", hehe zawsze byłem taki na przekór. Zresztą sam sobie odpowiedziałeś pisząc o faszyźmie i rasiźmie. Fakt że Celtycy komunę znają tylko z opowiadań i tv dla mnie żadnym wyznacznikiem. Każdy kto w jakikolwiek sposób promuje ten ustrój jest dla mnie pojebem dla którego nie mam krzty szacunku.

A teraz do rzeczy. Już 2 stycznia o godzinie 13.45 wielkie i oczekiwane Old Firm Derby. Ktoś się wybiera pooglądać porażkę biało zielonych? Póki co The Gers mają trzy punkty przewagi. Dziś remis z Inverness na wyjeździe 1-1. Celtic nie zagrał z powodu śniegu.

piątek, 12 listopada 2010

Wyspiarsko

Ech to nie był udany dzień dla Rangersów. Porażka aż 0-3 z Hibernianem boli jak cholera... I nie zmienia nic to że The Gers nadal liderują w tabeli. Nie zmienia nic to że celtic umoczył z Hearts przegrywając 2-0.
A skąd ta miłość do The Gers? Heh to zabawne ale zawsze lubiłem robić coś na przekór. Całe osiedle kibicowało MU to ja musiałem być za City. Wszyscy byli za Barcą a ja wolałem Real. Podobnie było z Old Firms. Ale w tym przypadku kibicowanie im trwa lata już. Nie tylko z przekory jednak wybrałem Rangersów. Zawsze byłem zadeklarowanym antykomunistą. A na Celtic park często można podziwiać szmaty z podobizną Che Fujary, czy sierpa i młota. Tak to już z tymi katolikami bywa. Niby komuna ich tępiła a Ci ją wielbią. Na Ibrox Park od zawsze było inaczej. Protestanci to nie chorągiewki. Bardzo dobre kontakty ekipy Gers z Chelsea Headhunters i Linfield powodowały to że wśród ICF poglądy loyalistyczne i rasistowskie nie były obce. Do tego tematu jeszcze kiedyś powróce.


A teraz z innej beczki, Puchar Anglii to chyba najbardziej znane rozgrywki na Świecie. Turniej o ponad stuletniej tradycji był już świadkiem wielu ciekawych niespodzianek. Nie inaczej było w tym roku. FC United pokonało Rochdale i awansowało do II rundy. W tejże II rundzie może też dojść do ciekawego i bezprecedensowego meczu. Jeśli Wimbledon pokona Ebbsfleet United, a MK Dons upora się z Stevenage to na stadionie AFC Wimbledon zagrają przeciwko sobie Ci którzy powstali z popiołu z tymi którzy ich palili. Mecz zapowiada się niezwykle ciekawie i dobrze by się stało by do niego doszło. Historia zatoczyła by koło. W końcu MK Dons to drużyna stworzona za pięniadze, która kilka lat temu wykupiła historyczny Wimbledom wraz z jego licencją, historią i trofeami. Nowemu Wimbledonowi udało się uratować trofea. Teraz czas pokazać że Dons są tylko jedni, a franczyza spod znaku MK nic nie znaczy. Już teraz wiele ekip z Anglii zaoferowało się przyjechać na ten mecz i wspierać Wimbledon.

środa, 3 listopada 2010

Skrzydlate świnie - czyli ośmieszmy kibiców

Udało mi się dziś pójść na przedpremierowy pokaz najnowszej polskiej "komedii". "Skrzydlate świnie" miał być pierwszym polskim filmem o kibicach. Niestety już sam tytuł mówił mi że to będzie jakaś farsa. Obsada też niczego sobie, Małaszyński to przecież idealny kandydat na kibola. No ale do rzeczy. Akcja rozgrywa się w małym Grodzisku gdzie miejscowym Czarnym kibicują dwaj bracia. Czarni spadają z ligi, jeden z braci (tak tak pan Małaszyński) po meczu efektownie kroi flage gości. Mała zadymka na stadionie, takie tak normalne rzeczy. W tym samym czasie jego dziewczyna rodzi mu syna... ach wątek miłosny musiał być! Mecz się kończy, Czarni spadli z ligi, chłopaki chlają w barze zdobycie barw rywala. Na meczu jednak Małaszyński dostaje wizytówkę pewnej damy. Chłop nie ma roboty, dziewczyna na niego wkurwiona do tego Czarnych mają rozwiązać. Udaje się do pani z wizytówki. Na miejscu okazuje się że prezes pewnej firmy chce by na jego druzynie był prawdziwy doping. Jednym słowem chce kupić sobie kibiców... Małaszyński wpierw się nie zgadza. Z okazji korzysta jego kumpela z bojówki Czarnych ( tak tak baba w bojówce - takie rzeczy tylko u nas ). Małaszyński jednak przestaje wierzyć w to że Czarni wystarują i zaczyna prace razem ze swoją kumpela. Komedia się zaczyna robić wielka gdy koledzy z Czarnych wymierzają im kary z ich gównianego kodeksu...

To na tyle bo żeby to wszystko opisać to bym umarł ze śmiechu. Ech i niech to potem obejrzy normalny obywatel. Dziś mają nas za debili kochających to co robią, a po filmie pomyślą że to tylko kasa a my to sprzedajne dziwki.

A JA DZIWKĄ NIE JESTEM I CHOĆBY MI KURWA MANUTD ZAPROPONOWAŁ MILION ZA MECZ TO BYM IM DOPINGU NIE POPROWADZIŁ

No to na zakończenie.... Rangersi znów w dupkę 3-0 z Valencia. ech...